poniedziałek, 3 listopada 2014
Pingwiny...
Nadszedł TEN dzień. Dzień fascynującego wpisu o pingwinach. Zafascynowanie nimi objawił mi mój kuzyn, który ogląda je sezonowo. W czasie sesji. Wszystko jest lepsze niż uczenie się, siedzenie nad tomiskami - ewentualnie przez internetem i udawanie, że się siedzi nad tomiskami w PDF-ie. Najlepsze może być oglądanie misi koala, żubrów albo właśnie pingwinów, które żyją sobie gdzieś spokojnie, nie mając zielonego pojęcia o niebezpieczeństwach, jakie czyhają na współczesnych ludzi...Takich niebezpieczeństwach, jak merytoryczna praca, przymus pójścia na zajęcia po dwutygodniowej nieobecności czy nagły brak kawy w wyczerpującej umysłowo pracy.
Mój umysł jest już trochę spaczony przez bandę pingwinów, zwanych Pingwinami z Madagaskaru. To niezła szajka. Teraz kiedy tylko widzę pingwiny, w głowie automatycznie układają mi się kwestie i próbuję przyporządkować widziane mi dzioby do jednego z trzech ziomali.
Nie mogę się doczekać, kiedy pojadę do wrocławskiego afrykanarium. Zobaczę na żywo czarno-białe, puszyste stworzenia, które nie umieją chodzić do tyłu. W głowie będzie pobrzmiewała serialowa muzyczka, a przed oczami rozróbę będzie robił Kowalski.
O tyle warto wiedzieć, że prehistoryczny Kowalski mógłby mi spuścić niezły łomot. Niedawno czytałem artykuł, w którym było napisane, że największy, znaleziony prehistoryczny pingwin, żyjący przed milionami lat, miał ponad DWA METRY wzrostu, a dzioby jego rodaków - ok. 20 cm.
Teraz mogę się czuć bezpieczny. Oddzielony od niziutkich pingwinów szybą. Mogę się śmiać i płakać ze śmiechu. Przy dwumetrowym pingwinie i jego ostrym dziobie,..mógłbym tylko zapłakać.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz